Ubu, 23.01.2020

 

NOWY KRÓL UBU

LECH STĘPNIEWSKI


Ubu: No i co rotmistrzu, jakże obiadek?
Bardior: Wyborny, wyborny, z wyjątkiem grówna.
Ubu: Ech, grówienko nie było złe.
Ubica: Rzecz gustu
„.

Dziełko, z którego pochodzi ten dialog, nosi tytuł „Ubu król czyli Polacy” i po raz pierwszy wystawiono je przeszło sto lat temu w pewnym paryskim teatrze, co naturalnie skończyło się skandalem, ale raczej przyjemnym. Nikomu nic złego się nie stało – może poza tym, że sztuka zaraz zeszła z afisza – natomiast jej autor zyskał przelotną sławę nieśmiertelną oraz nazwisko.

Nazywał się Alfred Jarry i swojego „Ubu króla”, farsę dziką, niedorzeczną i śmieszną, napisał podobno w wieku czternastu (!) lat. Reszta jego twórczości ginie dziś w mrokach niepamięci, a i on sam pewnie też by tam zginął, gdyby nie cenił go Apollinaire, surrealiści zaś nie uznali za jednego ze swych patriarchów. Ale i tak w dwutomowych „Dziejach dramatu” Nicolla, grzecznie szkolarskich, zasłużył tylko na jedno zdanie. Umarł w roku 1907 na gruźlicę, a właściwie zapił się. Andrzej Breton w swym katalogu mniemanych presurrealistów umieszczonym w pierwszym „Manifeście surrealizmu” („Swift jest surrealistą w zjadliwości” itd.) chyba nie bez racji napisał: „Jarry jest surrealistą w absyncie„. Bo absynt, trzeba wam wiedzieć, było to świństwo wprost przeokropne; trucizna powoli zamieniająca ludzi w zombie – co nb. można obejrzeć na znanym obrazie Degasa.

 

…i postuluję o państwo bez podatków

„Ubu król” parodiował między innymi gęsto zaludnione dramaty historyczne Szekspira, więc na scenie prócz samego Ubu i jego żony Ubicy pojawia się król Wacław z trzema synami, car Aleksy, „cała armia rosyjska„, spiskowcy, chłopi etc. A także Jan Sobieski i Stanisław Leszczyński, który tu akurat nie jest żadnym królem, lecz wieśniakiem z poważnymi problemami podatkowymi.

Stanisław: Najjaśniejszy, my jesteśmy zapisani w regestrze jeno na sto pięćdziesiąt dwa ryxdale, któreśmy już zapłacili, będzie niedługo sześć tygodni na święty Maciej.Ubu: To bardzo możliwe, ale ja zmieniłem rząd i ogłosiłem w Dzienniku Ustaw, że się będzie płaciło dwa razy wszystkie podatki, a trzy razy te, które rząd naznaczy później. Przy tym systemie zrobię prędko majątek, wówczas pozabijam wszystkich i wyjadę„.

Jak widać, w ciągu minionych stu lat surrealizm uczynił znaczne postępy w kształtowaniu realnego życia społecznego. Dlatego dziś płocha wyobraźnia podsuwa artystom całkiem inne fantastyczne rozwiązania kwestii podatkowej.

Raczej się nie zgadzam na podatki i postuluję o państwo bez podatków, w którym moi rodzice nie będą sobie flaków wypruwać (…) Co już zresztą mówiłem, że sytuacja w kraju gospodarcza jest kategorycznie na nie, ostentacja rządu i ogólnie rzecz biorąc słaba władza. Ale odchodzimy od tematu” – kończy swe krótkie rozważania o przeroście fiskalizmu bohater jednego z bestsellerów tej jesieni – „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej. Książka jest wprawdzie bardzo zabawna, ale ponieważ prawdziwych bestsellerów się nie czyta, tylko ma się o nich własne zdanie, zaraz wam to wasze własne zdanie opowiem. Dzięki temu zaoszczędzicie czas, a osoby o tradycyjnych upodobaniach dodatkowo unikną zgorszeń, gdyż panna Masłowska dość obficie używa w swej prozie słów powszechnie uznawanych przez słowniki za wulgarne. Tu, dla jasności, należałoby uczynić dygresję.

 

O brzydkich wyrazach (dygresja)

Literatura to odpowiednie słowa ustawione w odpowiedniej kolejności – a co nadto jest, pochodzi od złego. Niemniej, dla wielu ludzi wyedukowanych na wypisach szkolnych „odpowiednie słowa” to najczęściej tyle, co słowa ładne i uroczyste, pojmują oni bowiem literaturę jako Budującą Deklamację: że Piękno jest piękne, Dobro – dobre, a Prawda prawdziwa. Jednak jakoś już tak się dzieje, że czasem – zwłaszcza w młodości – poręczniej powiedzieć to w inny sposób: że świat jest wredny, wszyscy łżą, a piękno to pazłotko, puste w środku, podrobione i fałszywe. I że przydałoby się trochę piękna, prawdy i dobra, tylko nie ma skąd wziąć, a już na pewno samo z nieba nie spadnie. Filozof Fryderyk Nietzsche, który do końca zachował młodzieńczą duszę, mówił: pusty jest orzech bytu. Coraz częściej myślę, że szło mu z grubsza o coś podobnego.

W zamiłowaniu do słów ładnych i uroczystych znać oczywiście wpływ języka religijnego. U Aldousa Huxleya w „Notatkach na temat zenu” przeczytałem, że gdy w XIX wieku Irlandię nawiedziła wielka zaraza ziemniaczana, „ułożono specjalne modlitwy przeznaczone do głośnego recytowania we wszystkich anglikańskich kościołach (…). Ale od samego początku słowo «ziemniak» nastręczało dużo trudności (…) było ono zbyt pospolite i ordynarne, aby mogło być wymieniane w uświęconych miejscach (…) w rezultacie czego błagano Boga o odwrócenie klęski od abstrakcji noszącej dźwięczną nazwę «jędrnej bulwy»„.

Toteż gdy literatura staje się – a nieraz się staje – namiastką religii, pospolite słowa są jej bezwzględnie wzbronione. W powieściach socrealistycznych chyba nawet reakcjoniści klęli delikatnie, a eteryczna poezja modernistów koniecznie musiała unosić się nad ziemią.

Nie wolno jej użyć wyrazów:
Telefon, pociąg, bidet, rzyć i pieniądz
„.

Dla Reja, Ojca Literatury Polskiej, podobne dziwactwa były nie do pomyślenia. Mógł pisać wedle woli i rzyć („a cóż też widzę u ciebie: Rzyć w popiele, a myśl w niebie„), i gówno, i dupa („Owociem przywiódł Biskupa, Aleć stoi jako dupa„), i nawet kurwa.

Później „brzydkie wyrazy” służą już z premedytacją do świntuszenia, które uchodzi, byleby było zgrabne i inteligentne. A jeszcze później język rozszczepia się na dobre: inne słowa się zna, a inne zapisuje. Mickiewicz nawet w swym „wychodkowym” i najzupełniej prywatnym wierszu dla Tomasza Zana określenie „smaczniejszych wdzięków” niewieścich ukrył pod sugestią rymu do „zagwizda„. Mistyczny Słowacki miał dzięki natchnieniom z wyżej więcej odwagi i wprost pisał do Mickiewicza o „kurwach odeskich„, ale chyba i on nie myślał tego drukować.

Taki stan rzeczy nie mógł jednak trwać w nieskończoność i gdy tylko obyczaje uległy rozluźnieniu, właśnie używanie „brzydkich wyrazów” stało się najłatwiejszym sposobem na zgorszenie Szanownej Publiczności. Pour épater le bourgeois – jak wtedy powiadano. I właśnie dlatego „Ubu król” zaczyna się od soczystego Merdre – „Grrówno!”.

Niestety, efektywne gorszenie wymaga, podobnie jak pornografia, nieustannego przekraczania granic. W trzydzieści lat później ze sceny założonego przez Antoniego Artauda Teatru im. – tak, zgadliście! – Alfreda Jarry zwrócono się do spektatorów słowami: „Panie, panowie, chuje jesteście!„. Podobno Artaud był bardzo zawiedziony spokojną reakcją publiczności, która, wycwaniona, dobrze już wtedy wiedziała, że po współczesnej sztuce można się spodziewać doprawdy wszystkiego.

 

W Polsce czyli nigdzie

Z tej perspektywy „Wojna polsko-ruska” jest książką niewinną i niemal prorodzinną. Podobno zdążył się już nią zgorszyć „Nasz Dziennik”, ale „Nasz Dziennik” gorszy się prawie wszystkim poniżej „Kazań” Skargi. Jednak na wszelki wypadek „Wojna” bywa najczęściej przedstawiana jako „pierwsza polska powieść dresiarska„, czyli jakby etnograficzna relacja z dżungli, w której nie stanęła dotąd stopa kulturalnego człowieka. Coś w rodzaju skrzyżowania „Chłopów” z „Życiem seksualnym dzikich”, gdzie rzeczy brzydkie i gorszące nabierają walorów poznawczych, wskutek czego mogą o nich czytać bez skrępowania także ludzie uczeni lub zatroskani.

Tymczasem całe to gadanie o dresiarstwie, „doskonale stylizowanym języku podkultury marginesu społecznego„, obrazie świadomości dresiarza etc. to jeden wielki marketingowy humbug. „Ja mam dużą wyobraźnię” – przyznała uczciwie p. Masłowska na spotkaniu autorskim, które z braku miejsc miałem okazję przestać wiernie u jej boku. I rzeczywiście: dawno nie czytałem książeczki tak bardzo wymyślonej, zmajstrowanej, ulepionej ze słów; to gnających przed siebie w zastępstwie tzw. akcji, to znów sobą rozbawionych i wyczyniających różne figle.

Rzecz dzieje się niby w Polsce, w jakimś nie za dużym miasteczku na Wybrzeżu, a naprawdę w głowie niejakiego Andrzeja Robakowskiego ksywa „Silny”, który chodzi tam i sam, ćpa, przeżywa różne przygody, także damsko-męskie, jak również nawiedzają go niekiedy myśli „o charakterze antyglobalistycznym” albo „lewicująco-patriotyczne„.

Są tam urocze sceny, jakby wprost z „Ubu króla„, gdy na przykład Silny zauważa nagle leżący piasek i, „żeby nie było marnacji„, sypie go do torebek, bo „trzeba go w całości zebrać jak najprędzej. Gdyż jeśli on nie trafi w nasze ręce, to koniec. Zostanie on do cna rozdrapywany przez zdrajców„. Albo gdy rozmyśla o założeniu „anarchistycznego nurtu ocalenia lewicy” z siedzibą w pięknym wieżowcu („Ja sekretarz, mój bracki prezes, (…) matkę jako księgowę„), z mnóstwem chętnych sekretarek i osobnym biurem „do spraw kontroli anarchii„. I wtedy „gospodarka ma się dobrze. Wszystkim żyje się dobrze, nawet ciemiężonym robotnikom, którym rzucamy, co im potrzeba, inspiracje tematów na strajki, na wiece„.

Jednocześnie ten niby-dresiarz naćpany jak bąk używa w swym monologu rozmaitych trudnych słów w rodzaju lumpenproletariat, stygmaty, mentalna skorupa, syndromy, sfera sacrum i profanum, autopsja, rusofilia, melanż, mitomania, a nawet master of ceremony. A do tego są tam jeszcze stajnie Augiasza, tematy martyrologiczne, „poloneza czas zacząć„, hołd pruski, lenno wiernopoddańcze, Leśmian, Jakub Szela, „wsi spokojna, wsi wesoła„, „tramwaj zwany pożądaniem„, święte oficjum, działalność agitacyjna etcetc., co czyni wielce prawdopodobnym wyznanie p. Masłowskiej, że pisała „Wojnę” w trakcie uczenia się do matury (zdanej), bo musiała odreagować. Teraz, jako rozszarpywana na sztuki „najmłodsza gwiazda polskiej prozy” ma, nieszczęsna, do odreagowania znacznie więcej…

Niestety, czasem próbuje robić to bardziej serio, niebezpiecznie zmniejszając dystans. Dlatego wolałbym zapomnieć o zakończeniu „Wojny polsko-ruskiej”, jakby wyciągniętym z szuflady razem z przylepcem, o umieszczonym w „Gazecie Wyborczej” głosie w dyskusji o tzw. „pokoleniu nic„, a także o podróbkach Masłowskiej, które od pewnego czasu drukuje „Przekrój”. Masłowska z „Przekroju” nawet zwykły kieliszek wódki niesie „jak mały, słodki, fałszywy lampion prze ulice chrzęszczące od stłuczonego szkła„. Prawdziwa, co miałem okazję zauważyć, pije bez chrzęszczenia. Ale to może dlatego, że wódka była z sokiem.

 

Jerzy Urban wręcza flaszkę

Postalinowska odwilż w literaturze nie zaczęła się bynajmniej od obstalowanego przez Jakuba Bermana „Poematu dla dorosłych” (tak nawiasem, jego horyzont nie sięgał poza „leninowskie normy” w życiu partyjnym). Już pod koniec 1953 roku „Nowa Kultura” wydrukowała – podobno autentyczny – „Pamiętnik uczennicy”. Wprawdzie został on zaraz oficjalnie zjechany za „animalizm” i „biologizm” (bo autorka zamiast w równych szeregach walczyć o pokój wolała pokątnie całować się z chłopakami), ale mleko już się rozlało; wystarczyło kilka stroniczek panieńskich zwierzeń, by cała obfita produkcja socjalistycznej fabryki literatury zaczęła smakować jak papier.

Niemniej Leopold Tyrmand w swym prywatnym (wówczas) dzienniku nie krył pewnych obaw:

Przeczytałem i „Pamiętnik” wydał mi się nader typowy. Facetkę zżera najtypowszy Weltschmerz szesnastolatki (…). Wszystko to nasycone takim potencjałem dobrej woli, jeszcze dziecięcego uporu i zmagazynowanych naiwnie nadziei, że ktokolwiek przyjdzie pierwszy i dokona nieznacznego wysiłku, aby ją mieć, będzie ją miał. W ten sposób może stać się fanatyczną zetempówką, gorliwą katoliczką, kurwą, lub wzorową żoną. A także przejść przez każdy etap i wcielenie i za kilkanaście lat napisać interesującą książkę o swych przeobrażeniach„.

Ma się rozumieć, p. Dorota Masłowska żadną pensjonarką nie jest, ale tych, co by chcieli ją mieć, nie brakuje. „Gazeta Wyborcza” zrobiła „Wojnie” nieprawdopodobną reklamę (wywiady, komentarze, ponad dwadzieścia odcinków w stołecznym dodatku!); do tego ten stały felieton w „Przekroju”, wizytówka od Jerzego Pilcha… Podczas wieczoru autorskiego, na którym byłem, sama artystka (przepraszam p. Masłowską za to wyrażenie) też przyznała, że, owszem, życie prowadzi teraz nędzne: musi obcować z fankami poety Marcina Świetlickiego, dzwoni do niej Bogusław Linda, a żona Cezarego Pazury usiłuje nawiązać konwersację na temat stanu polskiej komedii.

Już chciałem złożyć tę kolejną nadrealistyczną opowieść na karb jej nieujarzmionej wyobraźni, gdy nagle przez audytorium przeszedł szmerek, potem jakieś he-he i na sali pojawił się osobiście jeden z czołowych animatorów polskiego dresiarstwa politycznego, p. Jerzy Urban. „Chciałem przeprosić, pani Doroto” – rzekł, po czym obdarował p. Masłowską suwenirami: niedbałym pęczkiem żółtych tulipanów w stylu rustykalnym oraz butelką umieszczoną w gustownej torbie foliowej zwanej reklamówką.

Bóg przewraca się w grobie, jak na to patrzy – mówię i przeżegnuję się„.


© Lech Stępniewski listopad 2002

 

lechstepniewski.ino