Putin, 25.12.2019

 

Zawody w pluciu sobie w twarz [KOMENTARZ]

W wigilię Bożego Narodzenia prezydent Rosji Władimir Putin w czasie spotkania z kierownictwem Ministerstwa Obrony Rosji określił ambasadora Polski w Berlinie w latach 30. Józefa Lipskiego mianem „bydlaka i antysemickiej świni”. Z kolei prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka w wywiadzie dla redaktora naczelnego radio Echo Moskwy Aleksieja Wenediktowa stwierdził, że należałoby postawić pomnik Józefowi Stalinowi za doprowadzenie do podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, gdyż to dzięki temu porozumieniu Białoruś istnieje w dzisiejszych granicach.
Witold Jurasz po komentarzy Putina i Łukaszenki: Zawody w pluciu sobie w twarzFoto: Sputnik / PAP
Łukaszenka i Putin podczas lipcowego spotkania w Rosji

 

  • Wypowiedzi Władimira Putina (i Aleksandra Łukaszenki) wynikają w znacznym stopniu z tego, że panowie nie mogą się porozumieć. To dobra wiadomość
  • Prawdziwym adresatem rosyjskich prowokacji jest jednak Zachód, z którym Rosja chce się porozumieć ponad głową (między innymi) Polski
  • Nieprzypadkowo Władimir Putin oskarża nas o antysemityzm
  • Warto pamiętać, że nam też zdarzyło się splunąć w twarz Rosji. I niestety również Rosjanom

Wyraz bezsilnej złości

Wypowiedzi dwóch prezydentów są z naszego punktu widzenia niewątpliwie wstrząsające. Paradoksalnie jednak padają one częściowo z powodów z których możemy się jedynie cieszyć.

Gdyby adresatami wypowiedzi obydwu prezydentów byli Polacy, słowa te nie padłyby w Wigilię, to jest w czasie, gdy w Polsce niemal zamiera działalność polityczna, a Polacy mniej niż zwykle interesują się polityką, a tym samym prawdopodobieństwo udanej prowokacji maleje. Pierwszą i podstawową przyczyną wzmożenia propagandowego ze strony Władimira Putina nie jest chęć sprowokowania nas, ale konieczność odwrócenia uwagi Rosjan od kolejnych niepowodzeń i klęsk wizerunkowych Kremla.

Władzom na Kremlu, wbrew oczekiwaniom, nie udało się zmusić prezydenta Ukrainy do ustępstw w czasie szczytu Formatu Normandzkiego we Francji. Wszystko wskazuje na to, że nie udaje się również zmusić do ustępstw Aleksandra Łukaszenki, który nie jest gotów to zjednoczenia jego państwa z Rosją. Władimir Putin musi też przykryć medialnie czteroletnią dyskwalifikację rosyjskich sportowców za doping. Problemem jest też seria katastrof w siłach zbrojnych na czele z kolejnym pożarem jedynego rosyjskiego lotniskowca „Admirał Kuzniecow”. W tej sytuacji kanonada propagandowa wymierzona w Polskę jest dobrym rozwiązaniem.

Rosja jest – z własnej woli – wrogiem

Z naszego punktu widzenia rosyjskie prowokacje są potencjalnie niebezpieczne, ale jeżeli ich podstawową przyczyną są niepowodzenia Kremla, to jest to tak naprawdę dobra wiadomość. Rosja prowadzi bowiem nie tyle konkurencyjną i nawet nie nieżyczliwą, ale otwarcie wrogą wobec nas politykę. Wszelkie niepowodzenia rosyjskich władz są więc dla nas dobrą wiadomością.

Nieprawdą przy tym jest, że niepowodzenia takie są w jakiś sposób niebezpieczne dla nas bowiem, jak twierdzą zwolennicy takich teorii, ewentualna porażka Władimira Putina mogłaby doprowadzić do władzy nacjonalistów. W Rosji nacjonaliści już teraz rządzą, a największym nacjonalistą jest sam Władimir Władimirowicz. Co gorsza jednak, wirusem nacjonalizmu jest zarażona zdecydowana większość Rosjan. Nienawiść i pogarda w stosunku do otaczających Rosję narodów, która była jeszcze kilka lat temu byłą pożywką wyłącznie dla mniej wykształconych warstw społecznych, dziś jest codziennością również wśród elit intelektualnych.

Nieprawdą jest też, że słaba Rosja może stać się bardziej agresywna. Rosja była słaba w latach 90 i była tak samo agresywna jak obecnie, tyle, że mniej mogła (bo była słaba). Jedyna różnica polega na tym właśnie, że wówczas była agresywna i słaba, a teraz jest agresywna i silna, a przez to bardziej niebezpieczna.

Braterska pomoc Łukaszenki dla Putina

Słowa prezydenta Białorusi z naszego punktu widzenia są oczywiście oburzające, ale jeśli spojrzeć na rzeczywistość w zimny i wyrachowany sposób, to prawdą jest i to, że istnienie niepodległej Białorusi jest w interesie Polski jak i to, że co prawda brzmi to fatalnie, ale rzeczywiście obecne zachodnie granice Białorusi są bezpośrednim następstwem paktu Ribbentrop-Mołotow.

Dużo istotniejsza od powyższych rozważań jest jednak przyczyna dla której Aleksander Łukaszenka wypowiedział takie, a nie inne słowa. Prezydent Białorusi ma otóż w zwyczaju deklarować tym więcej braterskich uczuć w stosunku do Rosji i tym mocniej akcentować nostalgię za sowiecką przeszłością, im mniej ustępuje Władimirowi Putinowi. Aleksander Łukaszenka wychwala więc Stalina dokładnie z tych samych powodów, z racji których Władimir Putin opluwa ambasadora Lipskiego.

Panowie nie mogą się po prostu porozumieć – jeden (Władimir Putin) musi z tej racji odwrócić uwagę swojego narodu, drugi (Aleksander Łukaszenka) opanował odwracanie uwagi swojego narodu nieco lepiej. Łukaszenka na ustępstwa Putinowi nie idzie, ale zawsze może go wspomóc propagandowo. Z naszego punktu widzenia jest to lepsze, niż zjednoczenie obu państw.

Rosja (i Białoruś) zamyka kramik

Nie bez znaczenia, choć zabrzmi to nieco anegdotycznie, jest też tradycja obszaru postsowieckiego, którą jest wzmożenie propagandowe w okresie bezpośrednio poprzedzającym Nowy Rok. Struktury państwowe zarówno w Rosji jak i na Białorusi od mniej więcej 30 grudnia do ca. 10 stycznia zawieszają bowiem działalność (ponoć nawet w KGB mało kto pracuje) – tym samym trzeba więc niejako z natury wzmocnić przekaz ideologiczny, a że w Rosji i na Białorusi relacje władzy z obywatelem są jak rodzica z dzieckiem, to wygląda to jak w sytuacji, gdy rodzice zostawiający po raz pierwszy dzieci w domu na weekend wydają im dużo poleceń i zakazów. „Nie otwieraj nieznajomym”, to tyle co odpowiednik „Nie wpuszczajcie nigdy Zachodu”.

„Nieodpowiedzialna” Polska

Wypowiedzi Władimira Putina nie sposób niestety jednak skwitować anegdotycznie. Słowa rosyjskiego przywódcy wpisują się bowiem w niebezpieczną i konsekwentnie realizowaną, a przez to jeszcze bardziej niebezpieczną, narrację Kremla.

O ile do tej pory Rosja ograniczała się do prób przekonania wszystkich na świecie, że Polacy są rusofobami, to obecnie narracja ta została wzmocniona opowieścią o tym, że do II wojny światowej doszło tak naprawdę z powodu „nieodpowiedzialnego” zachowania grającej zdecydowanie powyżej swoich możliwości Warszawy, która uniemożliwiła porozumienie mocarstw zachodnich z Sowietami. W narracji tej nie chodzi oczywiście o historię, ale o teraźniejszość.

Dzisiaj bowiem z jednej strony Rosja, a z drugiej na przykład Francja chciałyby się porozumieć i tylko „nieodpowiedzialna” i „grająca ponad stan” Warszawa ciągle rzuca kłody pod nogi porozumieniu. Sytuacja różni się na szczęście od tej sprzed 80 lat, tym, że tym razem równie „nieodpowiedzialnie” zachowują się na szczęście również Kijów, częściowo Mińsk, Bukareszt, Tallin, Ryga i Wilno, a i Sztokholm oraz Helsinki też nadmiernie „rozsądne” nie są.

Co ważniejsze niezbyt „rozsądny” jest też Berlin, który krytycznie spogląda na zaloty prezydenta Macrona w stosunku do Władimira Władimirowicza, a prezydent Trump nawet jakby chciał być „rozsądny”, to już nie może. Inaczej niż 80 lat temu, obecnie nie chodzi oczywiście o podbój i wymordowanie elit nieodpowiedzialnych państw (z ew. wyjątkami jeśli chodzi o podbój). Niestety jednak jedno podobieństwo ma miejsce. Chodzi o to, że każdy mniejszy kraj, który uważa, że ma prawo do niepodległości i suwerenności jest nieodpowiedzialny. Niestety, nie tylko w oczach Moskwy.

Prawdziwy adresat połajanek Putina

Opowieść Kremla ma jednak jeszcze jeden – groźniejszy – aspekt. Adresatem słów Władimira Putina są otóż środowiska żydowskie, a celem jest sprowokowanie kolejnego skandalu polsko – żydowskiego. Nieprzypadkowo spośród wszystkich możliwych prowokacji, wybrano taką, gdzie można było oskarżyć przedwojennego polskiego dyplomatę akurat o antysemityzm.

Słowa ambasadora Lipskiego o stawianiu pomnika Hitlerowi, gdyby ten zdołał rozwiązać „zagadnienie żydowskie” były oczywiście skandaliczne, ale jak słusznie zauważa w rozmowie z Onetem Krzysztof Rak, w 1938 roku (wówczas doszło do cytowanej rozmowy amb. Lipskiego) nikt nie wiedział jeszcze o mającym nadejść ludobójstwie i o tym kontekście trzeba pamiętać. Warto też pamiętać, że ludobójstwo – tyle że dotyczące Polaków – w 1938 już miało miejsce i realizowała je organizacja, której bezpośrednim następcą było KGB do którego z dumą wstąpił Władimir Putin. Tyle, że o tym, jak Sowieci przy okazji „operacji polskiej NKWD” rozwiązywali polskie „zagadnienie” na świecie nikt nie wie.

W styczniu w Izraelu ma się odbyć uroczysta konferencja na temat wyzwolenia obozu Auschwitz, w której weźmie udział Władimir Putin. Należy założyć, że istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że Władimir Putin oskarży Polskę o współudział w Holokauście. Polska dyplomacja musi się z tym liczyć i na ile jest to możliwe przygotować się na to, co zapewne nastąpi. Relacje polsko – żydowskie z powodu romansu Prawa i Sprawiedliwości ze skrajną prawicą i nieodpowiedzialnych działań, jak na przykład nieprzemyślana nowelizacja ustawy o IPN z jednej strony i skandaliczne wypowiedzi polityków izraelskich takich jak np. ta szefa dyplomacji Izraela Katza o tym, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki, znalazły się w najtrudniejszym od lat położeniu.

Władimir Putin z całą pewnością zechce z tego skorzystać. Aby przeciwdziałać szykowanej zapewne prowokacji należy po pierwsze starannie dobierać słowa i nie dać się sprowokować, po drugie nie ulegać podszeptom tych, którzy po naszej stronie chcieliby rozniecania konfliktu, po trzecie współdziałać z dyplomacją niemiecką i wreszcie po czwarte współdziałać z dyplomacją izraelską oraz amerykańską, by neutralizować prowokatorów również po tamtej stronie.

Skutki przesady

Jest też jednak i piąty element, który wymaga refleksji. W Rosji jest tak naprawdę tylko jedna świętość. Jest nią zwycięstwo w II Wojnie Światowej. Polska tymczasem nie zapraszając prezydenta Rosji na uroczystości organizowane z okazji wybuchu II wojny światowej na tę właśnie świętość się zamachnęła. Przyczyną była rozpętana przez Rosję wojna na Ukrainie. Problemem jest jednak to, że w narracji rządzącej Polską prawicy doszło do całkowitego już niemal zrównania III Rzeszy i Związku Sowieckiego.

Takie zrównanie zarówno z powodu paktu Ribbentrop-Mołotow, jak i ze względu na popełnione zbrodnie jest prawdziwe w odniesieniu do 1939 roku, 1940 roku, czy też 1941 roku, ale gdy mowa jest o 1945 roku, to można oczywiście mówić o sowieckich zbrodniach, ale trudno nie zauważyć różnicy pomiędzy realiami sowieckiej i niemieckiej okupacji z tego okresu (i analogicznie różnicy pomiędzy sowiecką okupacją z 1939 roku i tą z 1945 roku).

Nawet gdyby było jednak inaczej, to nie ma żadnych szans, żeby przekonać kogokolwiek na świecie, że było to jedno i to samo. Jeszcze gorzej jest jednak, gdy pomyśleć, że w narracji historycznej polskiej prawicy uproszczenia poszły tak daleko, że można wręcz odnieść wrażenie, że nie dostrzegamy różnicy pomiędzy ZSRR z lat na przykład 70 i trwającą wówczas rzekomo okupacją Polski, a okupacją przez Niemcy hitlerowskie np. z 1943 r. Można mówić o niesuwerenności PRL, ale teza, że nie suwerenność, a niepodległość odzyskaliśmy w 1989 r. jest po prostu aberracją.

Za aberracje w polityce zagranicznej zaś zawsze się płaci. Nasza narracja stała się otóż samobójcza z punktu widzenia polityki zagranicznej na Zachodzie, a dla Rosjan jest takim samym splunięciem w twarz, jakim dla nas są słowa Władimira Putina. Gdy w twarz plują sobie politycy jest to w miarę niegroźne. Niebezpiecznie robi się, gdy politycy do zawodów w pluciu sobie w twarz zaprzęgają narody.

 

onet.pl